Jak król świata [TEST ODKURZACZA BOSCH]

KD
13.11.2017 10:18
A A A
Bosch Athlet Zoo'o ProAnimal

Bosch Athlet Zoo'o ProAnimal (Fot. materiały partnera)

Życie mam nudne, ale stabilne i spokojne. Praca, konsola, Real Madryt, w weekend jakaś impreza w samotności. Rzadko dobry serial, częściej film lub śledzenie tego, co na Wiejskiej. Czasem jednak i w tę niewyszukaną egzystencję wdzierają się burzowe prądy. Ostatni taki nadciągnął kilka dni temu, kiedy otrzymałem do testów nowy odkurzacz Boscha.

Nie jestem bałaganiarzem - po prostu porządek nie jest mi w życiu do niczego potrzebny. Jeżeli po wygramoleniu się z łóżka nie potykam się o pustą butelkę po winie, będącą pozostałością z imprezy sprzed tygodnia, to uznaję, że wszystko jest - nomen omen - w porządku. Na kurz osadzający się na kolekcji płyt jakoś nie zwracam uwagi, a pod prysznicem spędzam zaledwie kilka minut dziennie, więc przecież nie ma sensu go regularnie szorować.

W ogóle bardzo lubię upraszczać sobie życie. Większością sprzętów elektronicznych w mieszkaniu steruję za pomocą jednego pilota lub smartfona, a w kuchni mieszka moja najlepsza przyjaciółka, czyli nieco już wysłużona, ale wciąż pełna werwy, zmywarka. Podobno w jednej z szuflad spoczywa żelazko - prezent od mamy na wyprowadzkę do Warszawy - ale ostatni raz widziałem je bodaj wtedy, gdy Adam Małysz wygrywał pierwszy konkurs Pucharu Świata. Rzadko miewam gości, bo długo przywiązuję się do ludzi, o płci pięknej nie wspominając, która chyba za punkt honoru obrała sobie omijanie mnie szerokim łukiem. Jest OK.

Dlatego z tym większym zdumieniem przywitałem w moich skromnych progach odkurzacz Bosch Athlet Zoo'o ProAnimal. Po pierwsze, nie przepadam za zwierzętami, a ten sprzęt reklamuje się jako wprost stworzony dla właścicieli czworonogów. Po drugie, odkurzanie zawsze kojarzyło mi się z ekwilibrystycznymi pozami (jak niby wciągnąć kurz spod łóżka czy zza sofy?!), za krótkim kablem, o który łatwo się potknąć i kłopotliwą wymianą worków, czego chyba nigdy nie zrobiłem w pełni dobrze. O hałasie już nie wspomnę.

Kiedyś testowałem jeden z tych odkurzaczy, które same jeżdżą po mieszkaniu i sprzątają za ciebie. Dobrze się bawiłem: nazwałem go Wilson, myliłem mu trajektorię jazdy, wyśmiewałem, gdy blokował się za szafką. O dziwo to niewielkie urządzenie radziło sobie z moją wrodzoną złośliwością całkiem nieźle i nawet się polubiliśmy. Sprzęt miał jednak zasadniczą wadę - mógł jeździć nawet całą noc, ale mieszkanie wciąż wyglądało, jakbym to ja je odkurzał, i to zaledwie przez kilka minut. Czyli, że się tak eufemistycznie wyrażę, raczej kiepsko.

NA POTĘGĘ POSĘPNEGO CZEREPU, MOCY PRZYBĄDŹ!

Bosch Athlet Zoo'o ProAnimal urzekł mnie już przy pierwszym kontakcie, bo po złożeniu (bardzo intuicyjnym) wygląda raczej jak broń strażnika galaktyki, a nie strażników ciepła domowego ogniska. To wbrew pozorom bardzo ważne: cenię sobie każde urządzenie aktywujące we mnie wciąż olbrzymie pokłady dziecka (a myślisz, że dlaczego na słuchawkach mam wizerunek Spongeboba?!). Rozebrany na części pierwsze spokojnie daje się upchnąć w średniej wielkości pudle, które bez problemów zmieścimy na szafie, a i nawet złożony może stać gdzieś między pralką a prysznicem, nie niszcząc jednocześnie naturalnego męskiego ekosystemu.

W obsłudze odkurzacz również jest intuicyjny. Wystarczy wspomnieć, że jego użycia ani razu nie konsultowałem z instrukcją obsługi czy wujkiem Google. Na moje potrzeby wystarczyły trzy najzwyklejsze opcje wciągania, roboczo nazwane przeze mnie: mocno, mocniej, najmocniej, oraz podstawowy zestaw akcesoriów - szczególnie przypadła mi do gustu wyjątkowo długa ssawka szczelinowa, dzięki której odkurzyłem podłogę za telewizorem, bez odsuwania telewizora. Poczułem się wtedy jak król świata.

A co najważniejsze, nie potknąłem się o żaden kabel, bo to urządzenie bezprzewodowe. Za jednym zamachem mogłem więc posprzątać całe mieszkanie, bez konieczności przepinania się z jednego gniazdka do drugiego. Utrzymując w jednej ręce Boscha, a w drugiej ostatni komiks z Kaczorem Donaldem, uwinąłem się ze wszystkim w kilka minut. Bez zbędnych poprawek, bo w przeciwieństwie do mojego poprzedniego odkurzacza, ten nie wymagał, by każdy metr kwadratowy objeżdżać po kilka razy. Nieco problematycznie robiło się w okolicach centrum dowodzenia, a więc przedłużacza z dopiętymi kablami: należało uważać, bo Bosch ochoczo chciał wciągnąć również właśnie kable - siła ssania naprawdę robi wrażenie.

Nigdy nie lubiłem kontaktów z odkurzaczami jeszcze z jednego względu - ich użycie to był cały ceremoniał, a ja za ceremoniałami, delikatnie mówiąc, nie przepadam. Wydobycie go zza szafy, podłączenie, sprawdzenie, odłączenie, schowanie... A Boscha wyłączyłem, odstawiłem pod ścianą, a już kilka sekund później rozpoczynałem kolejny pasjonujący mecz w FIFĘ 18. Tak, Real znów rozniósł rywala.

Producent szczyci się długim czasem użytkowania na jednym ładowaniu baterii, ale - szczerze mówiąc - trudno mi się do tego rzetelnie odnieść. Z moimi kawalerskimi potrzebami poradził sobie na tyle dobrze, że przez te kilkanaście dni... nie musiałem go ładować ani razu! A, jak na sumiennego redaktora przystało, używałem go niemal codziennie (no dobra, co drugi dzień).

Bosch Athlet Zoo'o ProAnimal
Fot. materiały partnera

JEST DOBRZE!

Żeby było jasne: Bosch Athlet Zoo'o ProAnimal nie sprawił, że pokochałem odkurzanie, a pada do PlayStation nie zamierzam wymieniać na uchwyt odkurzacza. Za to udowodnił mi, że sprzątanie nie musi być kłopotliwe. Szczerze mówiąc trochę nie wyobrażam sobie życia po Boschu, bo kiedy pomyślę sobie o swoim starym odkurzaczu, to znowu łapie mnie na mdłości... Bo jak mawiał klasyk, sztuką jest zrobić, ale się nie narobić. Dzięki Bosch Athlet Zoo'o ProAnimal było to możliwe.